A.D.: 17 Listopad 2017    |    Dziś świętego (-ej): Waleria, Salomea, Grzegorz

Patriota.pl

Można bez przesady powiedzieć, że od wielu wieków nie znano
takiego poniżenia myśli ludzkiej jak to,
którego doznała pod rządami marksizmu.
Józef Maria Bocheński, Sto zabobonów

 
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Błąd
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.
  • Nieudane wczytanie danych z kanału informacyjnego.

NRL, POW czy Niemcy, czyli kto tak naprawdę rozgrywał Pierwsze Powstanie Śląskie

Drukuj PDF

Tags: Białe plamy | Dzieje narodowe

Powstańcy śląscy byli ludźmi z kilkuletnim doświadczeniem walk na frontach I wojny światowej. Bardzo często, niestety, próbuje się przedstawiać ich jako zwykłych awanturników, którym zachciało się postrzelać. Ten czarny scenariusz, generowany na początku tylko przez Niemców, funkcjonuje już jednak przeszło 90 lat i nawet niektóre polskie środowiska go do dziś powtarzają. Nie mówiąc już o Ruchu Autonomii Śląska, który określa powstania jako bezsensowną, bratobójczą wojnę domową. Wrogowie powrotu Śląska do Polski nie przewidzieli jednego – zdolności bojowej i olbrzymiej determinacji Ślązaków, którzy gotowi byli oddawać życie w kolejnych zrywach powstańczych, by pozbyć się pruskiego jarzma, narzuconego w 1742 roku.

Nadeszło lato 1919 r. Wojciechowi Korfantemu udało się odwołać dwa terminy wybuchu powstania. Zrobił to w ostatniej chwili, już po wydaniu rozkazów powstańcom.  Z militarnego punktu widzenia największe szanse powstanie miało w kwietniu. Znacznie gorszy był stosunek sił w czerwcu, kiedy Korfanty przyleciał samolotem do Sosnowca wstrzymywać walki. Cofnięcie rozkazu nie dotarło do komendantów powiatowych w Koźlu, Kluczborku i Oleśnie. Tam wybuchły walki i osamotnieni, bez wsparcia z innych powiatów, powstańcy musieli się rozpierzchnąć. Część z nich osiadła w obozach uchodźców na terytorium Polski, tuż przy granicy ze Śląskiem – w Sosnowcu i Piotrowicach.

Niemcy natomiast zyskali dowód, że pomimo surowych przepisów stanu wojennego oraz aresztowań, Ślązacy przygotowują się i są w stanie wywołać powstanie. W Bytomiu Główny Komitet Wykonawczy z Józefem Grzegorzkiem na czele, podjął uchwałę wzywającą Dowództwo Główne POW Górnego Śląska do wydania rozkazu powstania:
 

„Obecni na zebraniu w dniu 11 sierpnia 1919 r. w Bytomiu, komendanci powiatowi i grono wybitniejszych funkcjonariuszy POW G. Śl., ze względu na straszny terror ze strony niemieckiej, żądają od Gł. Komendy POW w Strumieniu, ażeby wydała rozkaz rozpoczęcia powstania. W razie niepodzielenia tego zdania przez Główną Komendę POW G. Śl. zebranie uchwala, ażeby rozwiązać organizację”.

Jan Wyglenda, z-ca Komendanta Głównego POW Górnego Śląska

W związku z tym, że należało tę uchwałę dostarczyć natychmiast do Strumienia, dwaj kurierzy – Stanisław Mastalerz i Szczepan Lortz jeszcze tego samego dnia udali się tam. Alfonsa Zgrzebnioka nie było w Strumieniu, ale w jego zastępstwie Jan Wyglenda zrobił odprawę sztabu. Przyjęto do wiadomości tekst uchwały, ale nie chciano nawet słyszeć o jej wykonaniu. Zwołano odprawę wszystkich komendantów powiatowych na 15 sierpnia 1919 r.

Dnia 15 sierpnia 1919 r., a więc w momencie najkrytyczniejszym, Niemcy zaaresztowali na granicy polsko-śląskiej, na szosie z Pawłowic do Strumienia Jana Januszczyka z Szopienic, Wilhelma Fojcika i Fryderyka Reischa z Katowic oraz Karola Góreckiego z Markowic. Byli oni w drodze do Strumienia, dokąd ich wezwano na posiedzenie. Następnego dnia Niemcy przechwycili kurierów z meldunkami. Franciszek Gajdzik wiózł rozkazy dla powiatów rybnickiego, zabrskiego i gliwickiego, Ludwik Mikołajec dla pszczyńskiego, a Szczepanik dla kluczborskiego, oleskiego, lublinieckiego i tarnogórskiego. Rozkaz brzmiał:


„Do komendanta powiatu. Dla wyświetlenia sytuacji, jaka powstała w Bytomiu, zwołujemy we wtorek dnia 18 sierpnia 1919 r., o godz. 2.00 po południu wszystkich komendantów i podkomendnych na zebranie do Strumienia”.

Podpisano Gł. Dowódca POW G. Śl. w.z. (-) Wyglenda

Po aresztowaniu kurierów do więzienia trafili też Janusz Hager i Jan Pyka, komendanci powiatów zabrskiego i gliwickiego. Po zatrzymaniu przez Niemców szefa sztabu, Józefa Buły, oraz szefa całej organizacji śląskiej POW Józefa Grzegorzka, kurierów i kilku komendantów powiatowych, zarówno wśród pozostających na wolności członków sztabu w Strumieniu, jak i Komitetu Wykonawczego zapanował chaos. W ręce Niemców dostały się materiały dotyczące POW Górnego Śląska, m.in. stany liczebne. Aresztowanie to było najprawdopodobniej wynikiem zdrady. Szef sztabu J. Buła miał przy sobie rozkazy zakazujące rozpoczynania jakichkolwiek walk. Niemcy się nimi posłużyli podczas powstania, wysyłając podstawionych kurierów.

Komendant posterunku policji w Katowicach Horing tak napisał w swoim raporcie:

„Z powodu ujęcia jednej części podkomendnych i rzeczoznawców z Górnego Śląska, zaproszonych na posiedzenie POW do Strumienia i przez to, że jedna część zaproszeń została przez nas przejęta, zebranie w dniu 15 VIII 1919 w Strumieniu nie doszło do skutku i dlatego porozsyłano naprędce, jeszcze w dniu 15 bm., zaproszenia na drugie zebranie, wyznaczone na dzień 18 bm. Jak wynika z treści nowych zaproszeń i z zeznań oskarżonych, na zebraniu tym szef sztabu, Buła, który dnia 10 bm. wyjechał do Warszawy, skąd wrócił 15 bm., zakomunikować miał ważne wiadomości. Oczekiwane są dalsze aresztowania powiatowych komendantów POW przez wojskowe posterunki policyjne. Donoszą, iż 18 bm. ogłoszony będzie na Górnym Śląsku <stan doraźny> z zarządzeniem, że każdy, kto zostanie spotkany z bronią w ręku, zostanie rozstrzelany”.

Uchodźcy w Piotrowicach, niezadowoleni byli z bierności dowództwa POW. Wyznaczanie terminów powstania i odwoływanie ich na żądanie Korfantego, sprawiło, że postanowili działać na własna rękę.

W Piotrowicach, na Śląsku Cieszyńskim, istniał obóz uchodźców, na którego czele, po przeniesieniu komendy do Strumienia, stał Józef Michalski z Wodzisławia. Obok tego legalnego komendanta rej w obozie wodził niejaki Maksymilian Iksal z Małej Turzy. Otóż tenże Iksal i pokrewni jemu duchem ludzie postanowili w chwili przełomowej zaskoczyć władze organizacji rokoszem, a ponieważ czasu nie starczyło, żeby ich spacyfikować, plan zamachowców się udał. W dniu 14 sierpnia utworzono w obozie uchodźców w Piotrowicach komitet z kompetencjami sztabu. W jego skład weszli: Maksymilian Iksal, Franciszek Marszolik, Andrzej Herzog, Jan Szczepański i Franciszek Zieleźny.

Jan Szczepański zawiadomił o fakcie sztab w Strumieniu i jeszcze tego samego dnia zjawił się u Józefa Grzegorzka w Bytomiu kurier z informacją o planowanym rokoszu. Grzegorzek natychmiast przedostał się do Sosnowca, skąd nadał telegram do Szczepańskiego:

„Zabraniam stanowczo wszelkiej oddzielnej akcji. Należy stosować się do rozkazów, które wkrótce nadejdą”.

Telegram ten został odczytany na zebraniu w Piotrowicach. Mimo to rozkaz do powstania został przez Iksala wydany i wysłany do powiatów rybnickiego i pszczyńskiego. Nie był on podpisany, jedynie opatrzony hasłem „Gwiazda”.

Tylko komendant powiatu pszczyńskiego Alojzy Fizia wykonał samozwańczy rozkaz i o godz. 2.00 w nocy z 16 na 17 sierpnia 1919 r. ruszył w bój. Inne powiaty rozpoczęły walkę 24 godziny później, na rozkaz wydany przez Komitet Wykonawczy z Bytomia. Wtedy, gdy delegaci Komitetu Wykonawczego i sztab POW obradowały w Strumieniu nad wyznaczeniem daty wybuchu powstania, 16 sierpnia, o godz. 20, dowódca grupy powstańczej w Łaziskach Dolnych Robert Kopiec posiadał już rozkaz wydany przez Fizię – komendanta powiatowego.

Odział zbrojny, liczący 40. powstańców z Maksymilianem Iksalem na czele, po przekroczeniu granicy miał nie tylko unieszkodliwić Grenzschutz, ale na polach pomiędzy Skrbeńskiem a Gołkowicami

detonować minę, aby dać sygnał do wybuchu powstania dla dwu powiatów – rybnickiego i pszczyńskiego.

Pod budynkiem dworskim w Gołkowicach powstańcy, pod dowództwem Jana Salamona stoczyli bój. Niemcy się poddali. Zginęło 2 powstańców: Franciszek Panus i Franciszek Sernik, oraz 6 Niemców. Jeńców odstawiono do Cieszyna. Pomimo że według pierwotnych planów oddział Iksala miał wziąć udział w zdobywaniu Wodzisławia, wycofał się do Piotrowic na terytorium Polski. Iksal zniknął, żeby po kilku dniach pojawić się w Warszawie i prosić o pomoc dla powstania.

Powiat pszczyński został podzielony na dwie części: południową pod dowództwem Alojzego Fizi i północną pod dowództwem Stanisława Krzyżowskiego z Pszczyny.

I. kompania miała zająć Tychy, a następnie wspierać powstańców w okolicznych wioskach, II. kompania otrzymała rozkaz likwidacji baterii polowej w Paprocanach i wraz z III. kompanią przesuwać się do granicy powiatu katowickiego, IV., V. i VI. zdobyć Pszczynę, VII. wyruszyć w kierunku Jastrzębia Zdroju i tam połączyć siły z lokalnymi oddziałami powstańczymi i zdobywać kolejne miejscowości, VIII. zablokować drogę Grenzschutzowi, gdyby próbował przebijać się od strony Żor w kierunku Pszczyny, IX. i X. kompania miały zająć Mikołów.

Tylko bezgraniczny zapał i poświęcenie mogły przyczynić się do tak świetnego zwycięstwa powstańców w Paprocanach, gdzie zdobyto 4 armaty, kilka karabinów maszynowych, przeszło 100 karabinów ręcznych i 100 jeńców wraz z dowódcą. Niestety, wysiłki Górnoślązaków nie były skoordynowane. Wieść o wybuchu powstania w powiecie pszczyńskim rozeszła się lotem błyskawicy i dnia 17 sierpnia 1919 r. cały Śląsk oczekiwał rozwoju dalszych wypadków. Tymczasem Niemcy byli w posiadaniu największych tajemnic organizacyjnych, dlatego też sami mogli wydawać takie rozkazy, które prowadziły powstanie do zagłady.

Powstańcy, którzy pod dowództwem Stanisława Krzyżanowskiego zajmując Tychy nie natrafili na opór. Dworzec kolejowy i ratusz zajęto bez walki. Powstańcy wkroczyli też do kasyna browaru obywatelskiego, gdzie odbywała się zabawa, a orkiestra Grenzschuzu przygrywała o tańca. Na sam widok powstańców Niemcy uciekli, jedynie żandarm Neuman bronił się i został ranny.

W Czułowie doszło do walk z Grenzschutzem, który szedł na odsiecz dworu w Tychach. Niemcy zostali rozbrojeni, jednakże w strzelaninie zginęli powstańcy – Augustyn Rozkoszny, Franciszek Malcherek, Franciszek Mroz i Franciszek Kudło.

W powiecie katowickim i bytomskim, gdzie powstanie wybuchło 18 sierpnia, o godz. 2 nad ranem, wszystkie miejscowości z wyjątkiem Katowic, Królewskiej Huty i Bytomia były w rękach powstańców. Po zaciętych walkach zdobyto między innymi: Szopienice, Mysłowice, Nikiszowiec, Giszowiec, Janów, Bogucice, Lipiny, Orzegów, Godulę, Siemianowice, Szombierki, Karb, Bobrek, Piekary, Rozbark, Szarlej, Brzozowice, Kamień, Józefę, Dąbrówkę Wielką, Radzionków, Piekary Rudne, Kozłową Górę, Biskupice i Bielszowice. Zacięte boje toczono o Miechowice w powiecie bytomskim i Siemianowice. W powiecie rybnickim powstańcy doszli aż do Pszowa.

Niemcy natomiast konsekwentnie siali dezinformację, posiadali przecież oryginalne, chociaż już nieaktualne rozkazy ze Strumienia, zabrane podczas aresztowania szefowi sztabu Józefowi Bule.

I tak, na przykład, dowódca marklowickiego baonu Alojzy Ośliźlok, miał w momencie wybuchu powstania do swej dyspozycji 800 ludzi, i z tą siłą w nocy 17 sierpnia ruszył na Wodzisław. Już okrążał miasto, gdy jakiś kurier wręczył mu rozkaz zabraniający wszczęcie ruchów zbrojnych. Ponieważ rozkaz wydany był ze Strumienia i opatrzony autentycznymi podpisami, Ośliźlok zaprzestał dalszej akcji i z większą częścią swych ludzi przekroczył granicę polską.

Zagrożony aresztowaniem, komendant powiatowy z Katowic Adam Postrach musiał schronić się w Sosnowcu i to już kilka tygodni przed wybuchem powstania. W związku z tym, że w ręce agentów tajnej policji wpadł na granicy jego zastępca Fryderyk Reisch, dowództwo przejęli członkowie komendy powiatowej Teodor Lewandowski, Augustyn Rzepka i Henryk Miękina.

*

Do najważniejszych zadań w rozpoczętej akcji zbrojnej należało opanowanie dworca kolejowego w Ligocie. Jan Żychoń z Ochojca wykonał rozkaz blokując z powstańcami węzeł kolejowy i w ten sposób opóźnił transport wojsk niemieckich w kierunku Żor i Jastrzębia Zdroju.

„Z ramienia Franciszka Lazara utrzymywałem łączność z Piotrowicami. Ostatni raz byłem w Piotrowicach 16 sierpnia, skąd przyniosłem rozkaz do powstania dla okręgu obejmującego Lipiny. Zebrało się nas 150 chłopa. Jedna grupa zajęła gmach gminy na sztab powstańczy. Druga opanowała pocztę, by zerwać połączenia i uniemożliwić porozumienie się z władzami i wojskiem, a następnie obsadziła most łączący drogę z Lipin do Piaśnik. Trzecia grupa, którą dowodził Kaprol zajęła hałdy od strony toru kolejowego głównej linii łączącej Świętochłowice z Chebziem. Szyny zostały rozmontowane i przez to uniemożliwiono wszelki transport pomiędzy miastami. Niemcy próbowali usunąć tę przeszkodę wysyłając pociąg pancerny, który miał wypłoszyć powstańców z ich stanowisk. Niemcy chcieli też zlikwidować opór na moście głównego szlaku z Królewskiej Huty do Lipin. Sprowadzili baterię kalibru 15, która przyjechała od Świętochłowic i zajęła stanowisko na ulicy łączącej Piaśniki ze Świętochłowicami” – czytamy w relacji Filipa Copika, uczestnika walk.

W Lipinach dzięki dopływowi oddziałów powstańczych z okolicznych miejscowości toczono walki ze 150-osobowym oddziałem Grenzschutzu, który stacjonował we dworze w Piaśnikach. Zgrupowaniem powstańczym w Lipinach dowodził Antoni Czajor.

W Szopienicach doszło do ostrych starć, podczas których powstańcy wykazali się przebiegłością. Dowódca kompanii szopienickiej Piotr Łyszczak poszedł do komendy Grenzschutzu i kazał zameldować kapitanowi, że delegacja kopalni Gieschego chce z nim porozmawiać w ważnej sprawie. W rozmowie powstańcy zażądali od przeciwnika poddania się i opuszczenia Szopienic. Dowódca Grenzschutzu odesłał ich do majora w Mysłowicach, gdyż tylko on mógł podjąć taką decyzję. Pod eskortą żołnierzy udała się więc delegacja do komendanta w Mysłowicach. Ten odmówił poddania się. Choć fortel nie do końca się udał, to jednak delegacja spokojnie wróciła do swojego oddziału. Doszło do walk. Niemcy poddali się dopiero, gdy powstańcy zagrozili wysadzeniem koszar Grenzschutzu. Zdobyto 100 karabinów, 7 kulomiotów i olbrzymi zapas amunicji. Jeńców odstawiono do obozu.

Henryk Miękina zjednoczył pod swoim dowództwem kompanię z Bogucic i z Dąbrówki Małej. To właśnie jego podkomendni strącili niemiecki samolot zwiadowczy. Wzięli załogę do niewoli, a maszynę obrzucili granatami.

W Nikiszowcu komendantem odziału POW był Feliks Marszalski, a jego zastępcą Teodor Chrószcz. Marszalski zniknął z Nikiszowca już 12 godzin przed wybuchem powstania, więc dowództwo objął Chrószcz. Strzały w pobliskim Janowie były sygnałem do rozpoczęcia walk. Niestety w składnicy broni była tylko jedna fuzja myśliwska, jeden rewolwer i jeden teszyng (strzela ślepakami).

Choć dowódca był zaszokowany pustym składem, to jednak postanowił walczyć. Około godziny 3 nad ranem przybył z Janowa uzbrojony patrol powstańczy. Chrószcz rozkazał oddać salwę z karabinów. Grenzschutz natychmiast uciekł z koszar na plac drzewny, zajmując pozycje pomiędzy szybem kopalni a strażą pożarną. Mieszkańcy Nikiszowca zaczęli się gromadzić przed familokami. Niemcy wysłali patrole wojskowe, które wzywały gapiów okrzykami Fenster zu, Strasse frei! (okna zamknąć, ulice opuścić). Po celnym strzale powstańca, kula dosięgła podoficera Grenzschutzu i patrole niemieckie natychmiast się wycofały.

O godz. 6. rano rada zakładowa kopalni Giesche, sygnałami alarmowymi zwołała wiec przed strażą pożarną. Na czele tej rady stali komuniści – dwaj bracia Szwedowie. Dowódca kompanii Grenzschutzu oświadczył, że chce przemówić. Porucznik obiecał, że jak ludzie wrócą do domów, to on wycofa się z Nikiszowca. Chrószcz wyraził zgodę pod warunkiem oddania broni. Powstańcy z Nikiszowca w ten sposób zdobyli 100 karabinów, dwa lekkie i dwa ciężkie karabiny maszynowe, 200 granatów ręcznych i olbrzymi zapas amunicji.

Jednym z najsprawniejszych dowódców okazał się Ryszard Mańka, dowódca batalionu z Mysłowic. Niestety jego plany operacyjne, dotyczące zaskoczenia i rozbrojenia Niemców, zostały zniweczone przez samorzutny wybuch powstania. Niemcy byli już ostrzeżeni. Pomimo to udało się mu oczyścić z Grenzschutzu okoliczne miejscowości: Kosztowy, Imielin, Krasowy. Walczył też w Janowie Miejskim. Już we wtorek po południu 18 sierpnia przystąpił do oblężenia Mysłowic. Udało mu się to dzięki talentom przywódczym. W Janowie Wsi zwerbował ludzi, a w Janowie Mieście, Słupnej i Brzęczkowicach zarządził mobilizację wszystkich mężczyzn zdolnych do walki.

Dzięki przewadze liczebnej powstańcy byli w stanie obsadzić linię obronną od cegielni Scheckla poprzez szosę Mysłowice – Wilhelmina aż do Radochy przy granicy polsko-niemieckiej pod Sosnowcem. Ostrzał artylerii niemieckiej nie trafiał w linię obrony powstańców. Pociski sięgały tylko do stawu przed Janowem Miejskim, od strony Katowic. 19 sierpnia powstańcy stracili jedynie 8 zabitych, a Niemcy chowali swych poległych w masowych grobach na cmentarzu mysłowickim. 20 sierpnia Grenzschutz postanowił utorować sobie drogę do Katowic. Wszystkie niemieckie ataki zostały przez powstańców odparte.

Dopiero samochody pancerne przedarły się do Mysłowic, ale do Słupnej już nie dojechały, bo zatrzymały je powalone przez powstańców drzewa. Nie mogły one też zawrócić, ponieważ insurgenci zdążyli wykopać ogromne rowy na szosie. Dzięki karabinom maszynowym ustawionym w szkole w Słupnej powstańcy odpierali ataki tyraliery niemieckiej. Ostrzał armatni Grenzschutzu zniszczył nie tylko szkołę w Słupnej, ale też zamek Sułkowskich i wieżę Bismarcka usytuowaną na granicy trzech zaborów.

Nawet pociąg pancerny nie osiągnął celu, gdyż powstańcy wysadzili mostek pod Słupną. Mańka otrzymał też od okolicznych grup powstańczych wsparcie 30 karabinów. Niestety dostarczona amunicja była innego kalibru.

21 sierpnia Ryszard Mańka wykonał kolejny rozkaz – uderzył o 4 nad ranem na Mysłowice, zdobył część miasta z dworcem kolejowym. Niestety, niedostatek uzbrojenia, a przede wszystkim amunicji spowodował, że nie udało się zająć całego miasta. Dzięki bohaterstwu oddziałów Ryszarda Mańki i utrzymywania linii obrony Mysłowice – Słupna, wycofujący się powstańcy nie zostali rozgromieni przez Niemców w dalej położonych częściach Śląska i mogli się wycofywać poza granice kordonu, za rzekę Przemszę w rejon Sosnowca.

W Mysłowicach, jeszcze w czasie walk, Grenzschutz rozstrzelał na rynku Wiktora Czaję z Mysłowic i Franciszka Bednorza z Szopienic. Franciszek Magdziarz został skatowany, a potem rozstrzelany na terenie kopalni mysłowickiej. 22 sierpnia powstańcy z Brzezinki osłaniali wycofywanie się baonu mysłowickiego za Przemszę.

Za uchodzącymi powstańcami Grenzschutz bił z dział. Pociski armatnie padały aż do Jęzora, miejscowości położonej na terytorium polskim. Z oddziału powstańczego z Brzezinki zginęli w walkach Hugon Potyka, Klemens Siwica, a Franciszek Pytlarz i Edward Zielnik zostali ranni.

Zdarzały się także dezercje wśród komendantów wojskowych. Adam Całka, komendant powiatowy w Bytomiu, zniknął już 15 sierpnia. Raptownie wyjechał do Krakowa, nie wziąwszy nawet urlopu. Jego funkcje przejął natychmiast Jan Lortz i utworzył wraz z Kazimierzem Świętochowskim i Teodorem Augustynem komendę powiatową. Ustalono, że do ataku na koszary ruszą razem kompanie rozbarska, szarlejska i piekarska.

Niestety z powodu odpustu w Piekarach, do olbrzymiej części powstańców rozkaz nie dotarł. Z 260 członków kompanii rozbarskiej, stawiło się na zbiórce jedynie 60. Pomimo to podjęto walkę. Powstańcy zdobyli placówkę Grenzschutzu w folwarku hr. Donnersmarcka. Niesamowitą wprost odwagę wykazał Rudolf Kornke. W strzelaninie poległ Konstanty Cieśla. Dopiero nad ranem, 19 sierpnia, dołączyła kompania piekarska w sile 90. ludzi. Koszary bytomskie udało się otoczyć, a nawet 12 powstańców przeskoczyło płot. Niestety plan zdobycia Bytomia nie powiódł się. Za mało insurgentów zgłosiło się na pierwsze miejsce zbiórki.

*

Kpt. Alfonsowi Zgrzebniokowi dopiero 18 sierpnia udało się w Sosnowcu zmontować nowy sztab. Szefem sztabu został Kazimierz Kierzkowski, a członkami Michał Rzadkiewicz, Józef Plebanek, Józef Rzózka, Władysław Kosiński, Nazim Mieczysław Hirszel, Jarosław Fiuczek, Marian Skorupa.

Główne dowództwo POW wydało następującą odezwę:

„Ludność polska podjęła w ciężkich warunkach nierówną walkę z Grenzschutzem i tym samym podniosła krwawy protest przeciwko pruskiemu panowaniu. Dopóki wojska niemieckie nie opuszczą tej części Górnego Śląska, dla której przewidziany jest plebiscyt, powstańcy polscy nie spoczną i będą prowadzić bezwzględną walkę, gdyż tylko w niej widzą powstańcy gwarancję wolności i lepszej przyszłości.
Jeżeli wojska niemieckie nie przestaną strzelać i mordować polskiej ludności cywilnej, to powstańcy zastrzelą za każdego Polaka lub Polkę trzech Niemców lub trzy Niemki.
Kto zdradzi powstańców, będzie zastrzelony, a dom jego będzie spalony. Wzywamy ludność cywilną G. Śląska, ażeby się spokojnie i lojalnie zachowywała”.

Podpisano: Dowództwo POW dla G. Śląska i Polska Straż Obywatelska.

Już 18 sierpnia 1919 r. przybył do Sosnowca Tomasz Arciszewski, aby osobiście pokierować pomocą PPS dla walczącego Śląska. Z szeregów partii rekrutowali się ochotnicy – dawni bojowcy. Mieli oni nie tylko olbrzymie doświadczenie konspiracyjne, ale i biegłość w organizowaniu zasadzek i przeprowadzaniu akcji dywersyjnych. Arciszewski zapoznał się z sytuacją militarną powstańców i zdecydował się wezwać do pomocy dawnych towarzyszy z oddziałów Pogotowia Bojowego PPS. Na naradzie w koszarach Traugutta w Sosnowcu, w której uczestniczyli między innymi Tadeusz Szturm de Sztrem i Tadeusz Hołówko, ustalono, że w obecnej sytuacji, gdy nie można przerzucić dużej liczby broni przez granicę, należy zorganizować z przybyłych ochotników oddziały i przerzucić je na niemieckie tyły, by tam prowadziły akcje dywersyjne. Podjęto decyzję, że jeśli uzbrojenie, amunicja i materiały wybuchowe nie mogą przypominać tych używanych w wojsku polskim, należy niezwłocznie podjąć ich „lewą” produkcję. Tadeusz Szturm de Sztrem był w tym najlepszy w całym PPS, został więc zobowiązany do zorganizowania konspiracyjnej fabryki amunicji i materiałów wybuchowych.

POW Górnego Śląska zwróciła się zaraz po wybuchu powstania o pomoc do najwyższych polskich władz wojskowych. Naczelne dowództwo odkomenderowało do Sosnowca kilku oficerów z płk. Michałem Żymierskim na czele. Ten stwierdził jednak, że oficjalna pomoc ze strony utworzonej Ekspozytury Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego mogłaby narazić państwo polskie nie tylko na problemy dyplomatyczne z państwami sprzymierzonymi, ale również doprowadzić do otwartego konfliktu zbrojnego z Niemcami – już wzmocnionymi po niedawnej klęsce wojennej i rewolucji.

Można powiedzieć, że od lata, czyli po falstarcie powstania odwołanego w czerwcu przez Korfantego, Niemcy nie tylko wiedzieli o polskich przygotowaniach, ale wręcz prowokowali, przez wywołanie fali strajków, do spontanicznego wybuchu, który łatwiej będzie stłumić. Gdyby się była wówczas znalazła jednostka zdolna do ujęcia steru całego ruchu zbrojnego, jednostka, która by potrafiła wykorzystać bezprzykładny zapał powstańców do walki, to kto wie, jak skończyłoby się pierwsze powstanie górnośląskie.

Niestety, żywiołowość i spontaniczność powstania nie mogła nadrobić jego braków wojskowych. Nie było opracowanego planu operacyjnego, poszczególne powiaty walczyły samotnie, zabrakło koordynacji walki, a co najważniejsze – nie istniał centralny ośrodek dyspozycyjny. Zabrakło elementu zaskoczenia przeciwnika, który w wypadku każdego powstania stwarza największą szansę na zwycięstwo. Przeważająca część kierownictwa organizacji znajdowała się w więzieniu.

Nie dopuszczono także do udziału w powstaniu Pułku Strzelców Bytomskich. Był on organizowany w Częstochowie od lutego 1919 r. jako 75 Pułk Piechoty (75 pp) – oddział piechoty Armii Wielkopolskiej podległej Naczelnej Radzie Ludowej (NRL) w Poznaniu. W kwietniu przyjął nazwę Bytomski Pułk Strzelców. Tragiczny był moment, kiedy Bytomski Pułk Piechoty, złożony wyłącznie z Górnoślązaków, stał nad granicą śląsko-polską i mimo, iż głośno domagali się tego żołnierze, nie wolno było nikomu przekroczyć granicy.

Natomiast środowiska stopujące kolejne zrywy mogące doprowadzić do zaognienia sytuacji na Śląsku (NRL), osiągnęły swój cel, uniemożliwiając na większą skalę rozwój spontanicznego i niezorganizowanego wybuchu, czyli tego, czego pragnęli Niemcy, a czemu przeciwstawiał się, m.in. poprzez swoją czerwcowa interwencję, Wojciech Korfanty. Dobrze bowiem wiedział, że Niemcy byli nieźle przygotowani do walk (niemieckie formacje militarne były finansowane przez Górnośląski Związek Przemysłowców Górniczo-Hutniczych), a nawet sami prowokowali wybuch powstania, zwalniając z pracy Polaków, by na ich miejsca przyjąć członków Oberschlesisches Freiwilligen Korps.

I tak, na przykład, w dniu 15 sierpnia 1919 r. w kopalniach miała się odbyć wypłata. Tego dnia około 3 tys. robotników, kobiety i dzieci zgłosiły się po wynagrodzenie za pracę. Mijały godziny niemiecka dyrekcja wciąż przesuwała termin wypłaty. Kopalnie tym razem zostały otoczone przez zachowujące się arogancko wojsko. Dopiero około godz. 13 zaczęto wpuszczać na teren kopalni 30-osobowe grupy robotników. Wzburzony tłum wtargnął na teren kopalni. Oddział Grenzschutzu otworzył ogień. Zabito 7 górników, 2 kobiety i 13-letniego chłopca, Nie wiadomo do dziś, ilu było rannych. Masakra wywołała szok i zradykalizowała nastroje. Strzały w kopalni w Mysłowicach były czystą prowokacją, które niestety przyspieszyły niekontrolowany wybuch powstania.

Należy zwrócić uwagę na zbieżność dat. Przechwycenie kurierów i uniemożliwienie spotkania w Strumieniu – również nastąpiło 15 sierpnia. Na 18 sierpnia Niemcy planowali wydanie rozporządzenia o aresztowaniu wszystkich posiadających broń. Niemcy więc liczyli, że w okolicach 18 sierpnia 1919 r. powinno wybuchnąć powstanie.

Od 23 czerwca 1919 r., to jest od chwili cofnięcia pierwotnego rozkazu wybuchu powstania, główną sprężyną czynności organizacyjnych był sztab w Piotrowicach, a później w Strumieniu. Stąd wychodziły wszystkie rozkazy do organów podwładnych na terenie Górnego Śląska. Dowództwo Główne POW, a zwłaszcza Komitet Wykonawczy POW w Bytomiu z Józefem Grzegorzkiem na czele, konsekwentnie, wbrew realiom politycznym i militarnym, dążyły do wybuchu powstania.

*

Należy jednak zdawać sobie sprawę także z tego, że powstańcy śląscy byli ludźmi z kilkuletnim doświadczeniem walk na frontach I wojny światowej. Bardzo często, niestety, próbuje się przedstawiać ich jako zwykłych awanturników, którym zachciało się postrzelać. Ten czarny scenariusz, generowany na początku tylko przez Niemców, funkcjonuje już jednak przeszło 90 lat i nawet niektóre polskie środowiska go do dziś powtarzają. Nie mówiąc już o Ruchu Autonomii Śląska, który określa powstania jako bezsensowną, bratobójczą wojnę domową.

Wrogowie powrotu Śląska do Polski nie przewidzieli jednego – zdolności bojowej i olbrzymiej determinacji Ślązaków, którzy gotowi byli oddawać życie w kolejnych zrywach powstańczych, by pozbyć się pruskiego jarzma, narzuconego w 1742 roku.

 
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama


stat4u